Ktoś rzucił na mnie urok. Boję się usiąść do maszyny!

Ktoś rzucił na mnie urok. Boję się usiąść do maszyny!

Macie takie dni, kiedy marzycie o tym, by związać sobie ręce i położyć się na podłodze, by przypadkiem nie spaść z łóżka? Taka roczna kumulacja piątku trzynastego? Wiecie o czym piszę? Jeśli nie, to zazdroszczę.

Ten tydzień rozpoczął się, jak gdyby nigdy nic. No prawie. Drobne złośliwości rzeczy martwych przydarzają się jednak systematycznie, więc nie przewidziałam zbliżającej się tragedii. Zepsuta maszynka do cięcia w pracy, czy plączące się bez powodu nitki w maszynie do szycia to przecież nic niezwykłego. Nawet migrena, która rozpoczęła się we wtorkowy wieczór nie zapaliła czerwonej lampki.

Czwartkowy poranek też był jeszcze niewinny. Zjadłam obłędne śniadanie w jeszcze lepszym towarzystwie i zdążyłam do pracy, co do minuty, choć to nie zdarza mi się często. Później, jak to w pracy. Łatwo, miło i przyjemnie, choć pracowicie. Dzień jak co dzień. Pracę skończyłam szybko i postanowiłam podjechać jeszcze do pasmanterii. Potrzebowałam kilku drobiazgów. Nie chcąc zostawiać Frajdy w samochodzie, zabrałam ją ze sobą i przypięłam na smyczy pod sklepem, jak to robiłam już wiele razy wcześniej. Niestety, kiedy wyszłam, smycz wisiała, a psa nie było. Przez kolejną godzinę bawiłam się z Frajdą w berka. Pojawiała się w zasięgu wzroku i znów uciekała. Ewidentnie miała frajdę, a ja biegałam między uliczkami, licząc, że w końcu znudzi jej się ta zabawa. W końcu odpuściłam, skończyłam zakupy, przy okazji kupiłam jesienną kurteczkę pasującą do spódnic. I widząc, że mój pies nadal ma ochotę na zabawę, wróciłam do domu, modląc się w duchu, by nie wpadła pod samochód.

Akurat skończyłam kolejną spódnicę, gdy zadzwoniła pani, do której Frajda się przyczepiła. Zabrałam spódniczkę, narzuciłam cienką kurteczkę na plecy i pojechałam po psa, mając przy okazji zamiar wpaść i podrzucić uszytek znajomej. Pies zmoknięty i zmarznięty okazał wielką radość na mój widok, a ja odetchnęłam z ulgą, że nic jej się nie stało. Ta historia zakończyła się szczęśliwie, Niestety, to jeszcze jednak nie koniec.

Wracałam od znajomej. Duże skrzyżowanie. Zatrzymuję się na światłach. Samochód gaśnie. Nie silnik, ale wszystko. Martwy na amen. Wysiadam samochodu i robiąc minę nieszczęśliwej blondynki podchodzę do samochodu, stojącego za mną. „Proszę pana, umarł mi samochód, czy może mi pan pomóc?” Przystojniak w lexusie, lub innym luksusie popatrzył na mój stary, obdrapany Gracik z ironią pomieszaną ze zrozumieniem i uprzejmie zepchną go na pobocze. Myślicie, że padł akumulator? Też tak pomyślałam. Zadzwoniłam do znajomych po ratunek. Okazało się ostatecznie, że to tylko klemy spadły. Jak często zdarza się, by klemy spadały z akumulatora na prostej drodze? Oczywiście mogłam stwierdzić to sama, gdybym podniosła maskę, zamiast jak jakaś śpiąca królewna czekać na ratunek.

Wróciłam do domu. To już koniec dnia – pomyślałam, jak się później okazało przedwcześnie. Zrobiłam sobie gorącą kąpiel i gorącą whisky, by się odstresować i zapobiec ewentualnemu przeziębieniu. Coś mnie jednak podkusiło, by wejść do pracowni. Wzięłam do moich łapek spódniczkę, w której kryty zamek, wyszedł nie do końca kryty. Miałam zrobić jeden krótki szew, by naprawić ten drobny błąd. Szew zrobiony. Sprawdzam, czy wszystko w porządku, a zamek się rozjeżdża. Od tak. Nowy, nie śmigamy zamek się psuje. Zostawiam spódnicę gaszę światła i zamykam drzwi do pracowni. Sprawdzam też, czy aby na pewno wszystko jest powyłączane i pogaszone w całym domu. Z ulgą kładę się do łóżka ciesząc się, ze to już koniec, a kiedy rano wstanę będzie nowy, lepszy dzień.

O ja naiwna.

Nie zaspałam. Wstałam zadowolona, że przed pracą mam jeszcze umówioną wizytę u fryzjera. Już w kurtce i czapce wychodzę. Wrzucam do torebki, portfel, komórkę, klucze, kluczyki do samochodu…. gdzie są kluczyki. Przez najbliższą godzinę szukam kluczyków, po czym dzwonię do fryzjera poinformować, że się nie zjawię i do szefowej, że nie mam jak dotrzeć do pracy. Kochana, cudowna, wyrozumiała szefowa daje mi wolny dzień. Przeszukałam cały dom łącznie z lodówką, pralką i zmywarką do naczyń, a kluczyków nigdzie nie ma. Pozostaje mi mieć nadzieję, że w końcu przestaną być złośliwe i pozwolą się znaleźć.

Co ta historia ma wspólnego z szyciem?

Mam wolny dzień, mogłabym nadrobić szyciowe zaległości. Od września leży skrojony jesienny płaszczyk i śliczna zielona bluzeczka. A ja się boję wejść do pracowni, by nie uśmiercić maszyny, lub nie spowodować jakiegoś innego nieszczęścia.

Na zdjęciach moja ulubiona stylizacja na złotą polską jesień. W roli głównej spódnica z półklosza uszyta z farbowanego przeze mnie sztucznego jedwabiu. Uwielbiam jak się porusza. Jest zwiewna delikatna, po prostu piękna. Niestety złota polska jesień postanowiła się w tym roku nie pojawić, więc zarówno spódniczka, jak i lniany sweterek poczekają do wiosny.

Jedwabna spódnica z półklosza

Spódniczka fantastycznie się porusza, gdy chodzę.

Zapisz

Udostępnij:

2 Comments

  1. Mnie sie wydaje ze uroki rzucamy czesto sami, nawet nie wiedzac o tym,np w czasie klotni zle komus zyczymy, zyczymy smierci, choroby, i innych zlych rzeczy.

    Reply
    • Bardzo ciekawe podejście :D Nigdy tak o tym nie myślałam. Choć w moim przypadku to mało prawdopodobne.

      Reply

Submit a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>